Kielce Wiadomości Sport Informacje

Antresola...

Po długim dniu w pracy, nie zawsze jest ochota, aby pierwszą rzeczą jaką się zrobi w domu było ugotowanie obiadu. W moim przypadku to również się sprawdziło. Wybrałam się więc na obiad do restauracji Antresola w Kielcach mieszczącej się przy ul. Piekoszowskiej 21.

Lokal ma niezbyt dobrą lokalizację, ale z zewnątrz wygląda okazale. Wnętrze wygląda bardzo przyjemnie. Miły, ciepły wystrój... i dużo gości. Spoglądając w poszukiwaniu wolnego miejsca, spostrzegłam kilka stolików, na można by rzec tarasie wewnętrznym restauracji. Były to idealne miejsca na romantyczną kolację, randkę i dobrze się złożyło, bo nie przyszłam tam sama.

Przeglądają kartę natrafiłam na mięso w moim ulubionym wydaniu, czyli na pierś z kurczaka szpinakiem nadziewaną za 17zł, do tego wybrałam kalafior z masłem (4 zł), pepsi 300ml (4 zł), a na pierwsze danie zamówiłam barszcz czerwony z pasztecikiem 6zł. Mój narzeczony zdecydował się na barszczyk czerwony tyle, że z uszkami za 5 zł, natomiast jako drugie danie zażyczył sobie stek z polędwicy wołowej 25zł z masłem czosnkowym, dodatkowo zestaw surówek 4,50zł oraz ziemniaki opiekane z ziołami
4,50zł. Postanowiliśmy się skusić na deser i wybraliśmy Panna Cotte z sosem malinowym za 9,00zł. Obserwując i wczuwając się w miły klimat lokalu wyczekiwaliśmy zamówienia.

Pierwsze dania na naszym stoliku pojawiły się po niespełna 10 minutach. Wszystko było ładnie i schludnie podane. Na dużą pochwałę zasługuję barszczyk czerwony, który śmiem przypuszczać, że został zrobiony z prawdziwych buraczków, a nie jak przeważnie z torebki. I na tym komplementy się kończą. Uszka wiadomo - kupne, małe, sztuczne, natomiast pasztecik - suchy i podejrzewam, że kilkakrotnie odgrzewany. Mieliśmy nadzieję, że drugie danie okaże się znacznie lepsze. Byliśmy tylko ciekawi jak zostanie podana wołowina, ponieważ przy składaniu zamówienia kelner nawet nie zapytał jak ma być wysmażona. Ogólnie obsługa była mizerna, zero zainteresowania ze strony obsługi, a wręcz jak się na nią spojrzało to odechciewało się jeść... Ale wróćmy do dania głównego. Wyglądało naprawdę smakowicie i takie też było.

Świeże mięso, dobrze doprawiony szpinak i kalafior jak na tę porę roku bardzo dobry. Co do wołowiny to można było się tego spodziewać... była średnio wysmażona i rozbita. Ziemniaczki i surówki były w porządku, ale mięso przekreśliło całe danie. Z niecierpliwością czekaliśmy na deser, bo przecież wystarczy jedna słodka chwila, aby wszystkie złe smaki dań poprzednich zatrzeć... Tu zawiedliśmy się najbardziej. Panna Cotta była po prostu sucha. Deser ten nie był wart tej ceny.
Podsumowując wizyta w tej restauracji okazała się niezbyt dobrym doświadczeniem kulinarnym. Ceny są przyzwoite, ale jak na takie jedzenie to i tak zbyt wysokie.

Autor artykułu: Emilia Stelmaszczyk